YouTube Facebook fotogalerie
reklama

Tajemnica Uroczyska Baran

18 czerwca 2014 19:15:44 | autor: red.
Pod pomnikiem na Uroczysku Baran oddano hołd żołnierzom AK, NSZ, BCh oraz WiN, pomordowanym w lasach koło Kąkolewnicy na przełomie 1944 i 1945 r.

W trzecią rocznicę ekshumacji na uroczysku Baran postawiono pomnik. Na wielkim głazie widnieje napis „O Panie pomnij, że odszedłem w mękach i cierpieniu a los ten zgotował mi brat”

Ósmego czerwca w 70. rocznicę krwawych wydarzeń przy stojącym tam pomniku polową mszę świętą odprawił ks. płk. Andrzej Dziwulski, kapelan Garnizonu Siedlce. – Nasza pamięć i wdzięczność ma trwać przez pokolenia jako historyczna prawda i przestroga, co może uczynić człowiek żyjący bez Boga – mówił w homilii.

Inicjatywa przeprowadzenia ekshumacji na uroczysku Baran pojawiła się w 1980 roku. Częściowo udało się ją zrealizować w roku 1990. Do dziś jednak rozmiary ludobójstwa dokonanego przez NKWD i Informację Wojskową LWP pozostają nieznane.

W lipcu 1944 roku po przejściu frontu w Kąkolewnicy rozkwaterował się sztab marszałka Rokossowskiego. W październiku trafił tam sztab II armii Ludowego Wojska Polskiego z generałem Świerczewskim na czele. Z Rokossowskim przyszło NKWD, ze Świerczewskim Informacja Wojskowa LWP, i to właśnie te dwie formacje należy obarczać odpowiedzialnością za zbrodnie dokonane w Kąkolewnicy.

Wojsko wysiedliło całą Kąkolewnicę Północną i Południową, oraz częściowo także Wschodnią. Z relacji świadków wynika, że ludzi wyrzucano bez dobytku, nie pozwalając niczego zabrać. W chatach rozlokowało się wojsko. Wszelkie spichlerze, komórki i piwnice wykorzystano natomiast do więzienia ludzi. A byli to żołnierze Armii Krajowej, dezerterzy z LWP, często siłą do niego wcieleni, a także ludność cywilna. Mordowano ich na miejscu bądź przewożono do oddalonego o 3 km od Kąkolewnicy lasu Baran.

Rozmiarów ludobójstwa dokonanego w Kąkolewnicy do dziś nie zdołano oszacować, choć próbowali tego historycy, dziennikarze, członkowie niepodległościowych organizacji kombatanckich. W 1997 roku w serii „Na szlaku WIN” ukazała się publikacja Jana Kołkowicza (wydana nakładem PPH „Zapis Wschodni”) zatytułowana „Uroczysko Baran”. Autor włożył wiele wysiłku w dotarcie do świadków ponurych wydarzeń, dzięki czemu udało mu się przedstawić choć zarys tragedii.

- Teren uroczyska poryty był starymi rowami z lat I wojny światowej, nazywanymi przez miejscową ludność fosami. NKWD wykorzystało te „udogodnienia” do grzebania pomordowanych – pisał J. Kołkowicz. - W styczniu 1945 roku, kiedy ruszył front na Wiśle, Sowieci zaczęli pośpiesznie zacierać ślady. Opuszczając Kąkolewnicę splantowali stare rowy, a na nich zasadzili młode sosenki. Nie skryły one jednak tajemnicy. Ziemia po latach przemówiła. Zaczęła się zapadać. Przez całe następne lata rozmywana deszczem, rozgrzebywana przez lisy i bezpańskie psy, zaczęła niby w rozpaczliwym geście skargi wyrzucać na zewnątrz swój straszliwy owoc, kości ludzkie, grzebane płytko, zasypywane niedbale. Czaszki, piszczele i żebra walały się po całym uroczysku. Ludność choć paraliżowana strachem, bo UB wciąż węszyło, zbierała je ukradkiem i zakopywała po kryjomu w sobie tylko znanych miejscach.

J. Kołkowicz dowodzi, że dokumentację na temat zbrodni w Kakolewnicy już w 1946 roku zaczęli gromadzić żołnierze z podlaskiego inspektoratu WIN: „Latem 1945 roku por. Jerzy Skoliniec, ps Kruk”, znając częściowo ponurą tajemnicę uroczyska Baran i widząc usychające sosenki na fosach, dla oznaczenia tego miejsca zatknął na nim prowizoryczny brzezinowy krzyż (...) W następnych latach trwała wojna z Urzędem Bezpieczeństwa w Kąkolewskim lesie. W miejscu, gdzie stał brzozowy krzyż Kruka, miejscowa ludność wzniosła nowy, okazalszy. Bezpieka usuwała go w dzień, mieszkańcy zaś stawiali na nowo, w nocy”.

Zamiar rozwikłania ponurej tajemnicy w oparciu o ekshumację i posiadany materiał dokumentalny, a także na podstawie relacji świadków, wywodzących się z miejscowej ludności, powstał już w 1980 roku, ale stan wojenny przekreślił jego realizację.

Częściową ekshumację udało się przeprowadzić dopiero w kwietniu 1990 roku, dzięki staraniom m.in. Mirosława Barczyńskiego z Muzeum Południowego Podlasia oraz J. Kołkowicza. W inicjatywę zaangażowane były niepodległościowe organizacje kombatanckie oraz NSZZ „Solidarność”.

- Wyrywkowo z dwóch dołów, rozkopanych przez wojsko w czasie trzydniowych prac, wydobyto zaledwie 16 szkieletów, co miało raczej wymiar symboliczny – wspominał J. Kołkowicz. - Przekopanie całego uroczyska, liczącego kilkanaście hektarów drzewostanu, było praktycznie niemożliwe, zważywszy czas i środki techniczne, jakimi dysponowano. Zastosowanie echosondy do prac wykrywkowych okazało się mało przydatne. Natomiast badanie metodą podczerwieni, przy pomocy zdjęć lotniczych nocą, chociaż skuteczniejsze, było zbyt kosztowne.

– Spędziłem w tym lesie pół roku, on tak łatwo swojej tajemnicy nie odda – mówił o tych wydarzeniach bialski historyk Mirosław Barczyński. - Po tylu latach trudno ustalić miejsca masowych grobów, zwłaszcza że informacje o nich pochodzą z trzecich ust. Bezpośrednich świadków tych zbrodni było niewielu, większość już nie żyje. Wtedy rozstrzeliwano w co drugiej miejscowości i takich miejsc na Podlasiu jest bardzo dużo. W lesie Kania koło Trzebieszowa zamordowano około 200 osób. W przypadku uroczyska „Baran” liczbę ofiar szacuje się od 700 do 1200 - mówił.

To co wykryto na uroczysku mogło wzbudzać przerażenie. Ekshumacja wykazała dzikie zwyrodnienie oprawców. Dowiodła na przykład, że ręce i nogi ofiar w większości wypadków powiązane były drutem, kości zaś połamane jeszcze za życia, co stwierdzili biegli medycyny sądowej. Poza tym skazańców dobijano w dole. Każda z odkopanych ofiar ukazywała odrębny dramat ludzki. Na przykład położenie, w jakim odkopano jeden ze szkieletów, z nogami sterczącymi w górze dowodziło, że więźnia zepchnięto żywcem, a pocisk znaleziony pod przestrzeloną czaszką, że dobito go w dole.

– W Kąkolewnicy nikt nie zadawał pytań, nie odczytywał wyroków. Świadkowie, którzy przypadkowo zabłąkali się do lasu „Baran” i obserwowali to z daleko, opowiadali, że po prostu podjeżdżał samochód, wyładowywał ludzi nad wykopanym uprzednio dołem. Były strzały w głowę, ludzie padali – opowiadał prokurator Leszek Furman, który z ramienia IPN przeprowadzał na uroczysku drugą nieudaną próbę poszukiwania szczątków pomordowanych.

W 1980 roku rodziny pomordowanych żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych wzniosły na uroczysku symboliczną mogiłę, z metalowa płytą, na której wyryto nazwiska pomordowanych. Pomnik upamiętniający ofiary mógł tam stanąć dopiero 13 lat później.

 
Dodaj swój komentarz:
  • captcha
  • Komentarze zawierające treści powszechnie uznane za obraźliwe lub niecenzuralne zostaną usunięte
    logo male