Nie zostaliśmy wychowani na arystokratów, ten pałac należy do wszystkich
Dla mieszkańców Ziemi Międzyrzeckiej nazwisko Potockich brzmi jak jedna z historii kart podręcznika - to ostatni właściciele zrewitalizowanego w ostatnich latach pałacu, który stanowi jedną z najważniejszych wizytówek miasta. Lecz dla francuskich wnuków i prawnuków Zofia i Andrzej Potoccy nie byli hrabiostwem z portretów - to ich zwyczajni dziadkowie i pradziadkowie, o których rozmawia się na co dzień w rodzinnym gronie. Przyjeżdżając do Polski nie szukali swoich arystokratycznych korzeni, bo jak podkreślili - nie zostali wychowani jako hrabiowie - chcieli natomiast na własne oczy zobaczyć dom, w którym żyli ich przodkowie i w którym wychowali się ich ojcowie, zanim los rozrzucił ich po świecie.
Do Międzyrzeca Podlaskiego, jednego z przystanków sześciodniowej wizyty w Polsce, zawitała 49-osobowa rodzina Potockich, w tym 19 dzieci, francuscy potomkowie Zofii i Andrzeja Potockich oraz ich trzech synów: Jerzego Mari, Artura Aleksandra i Jana Zdzisława.
Wśród nich jeden z najstarszych przedstawicieli rodu - urodzony w 1954 r. Władysław Artur Maria Potocki , syn Andrzeja Aleksandra Potockiego, który znalazł kilka wolnych chwil i poświęcił swój czas na rozmowę z redakcją Międzyrzec Info. W pięknych plenerach pałacowego parku wrócił wspomnieniem do swoich dziecięcych lat, w których zapisał się kruchy obraz babci Zosi zmagającej się z gruźlicą i przebywającej w sanatoriach, opowiedział o dawnych szczątkowych rozmowach o polskich korzeniach prowadzonych z ojcem i jego braćmi, a także o późniejszych latach, w których potomkowie rodu zapragnęli odkryć na nowo świat swoich przodków. Przypomniał też o odnalezionych zdjęciach i dokumentach, które stanowią pamiątkę po nigdy nie poznanym dziadku hrabim Andrzeju Marii Potockim - ten zginął tragicznie podczas kampanii wrześniowej, 27 września 1939 r., jako porucznik rezerwy 25 Pułku Ułanów Wielkopolskich, adiutant gen. Władysława Sikorskiego. W rozmowie z redakcją podzielił się swoimi emocjonującymi spostrzeżeniami na temat dokonanej przez miasto rewitalizacji zespołu pałacowo-parkowego, podkreślając, że obiekt znalazł się w dobrych rękach, mówił też o swojej więzi z Polską i niezwykłej otwartości Międzyrzeczan - ich wspomnienie zabierze w swoim sercu do Francji, do której rodzina wraca już 21 sierpnia. Choć chwilami brakowało mu odpowiednich słów, by opisać swoje myśli i uczucia, mówił biegle po polsku, czym jeszcze silniej podkreślił swoje polskie korzenie i przywiązanie do historii rodziny.
W trakcie rozmowy dołączył do niej Romain Potocki , stryjeczny bratanek Władysława, syn André Gabriela Marii Potockiego, a wnuk Jerzego Marii Potockiego. Również on przedstawił redakcji swoje niezwykle poruszające spostrzeżenia dotyczące wizyty w Polsce oraz w domu przodków, odnosząc się także do codziennego życia we Francji i swojego życia zawodowego, które związał z dziennikarstwem. Ciekawostką jest, że jest on autorem debiutanckiej powieści społeczno-obyczajowej "Ogród w chmurach", poruszającej kwestię dorastania na obczyźnie. Książka została wydana w 2025 r., natomiast w czerwcu br. doczekała się polskiego przekładu. O samą powieść oraz o to, czy wizyta w Międzyrzecu Podlaskim ma szansę stać się elementem fabuły kolejnych publikacji, zapytaliśmy osobiście potomka rodu Potockich.
Zapraszamy do przeczytania wywiadu zarejestrowanego w dniu 20 sierpnia w zespole pałacowo-parkowym w Międzyrzecu Podlaskim.
Władysław Potocki
Przyjechali Państwo w gronie międzypokoleniowym. Czy możemy dowiedzieć się, jakie łączą Państwa więzi i jakie kraje reprezentujecie?
Andrzej i Zosia mieli trzech synów, którzy już nie żyją. Tu przyjechali ich potomkowie. Łącznie w rodzinie jest 80 osób, a tu przyjechało 49, z czego 19 to dzieci. Wszyscy przyjechaliśmy z Francji, do której nasi ojcowie wyjechali tuż po wojnie, w 1945 roku, i w której się osiedlili.
Jaki był impuls, który spowodował, że przyjechali Państwo do Międzyrzeca Podlaskiego? To wizyta turystyczna czy może pewne spełnienie obietnic złożonych przodkom, że młode pokolenia nie zapomną swoich korzeni i dziedzictwa?
To nie była obietnica, a marzenie. Kiedy byliśmy tu w 2024 r. z żoną i cichutko przyszliśmy na wizytę do pałacu, spotkaliśmy panią Arletę, którą zaskoczyliśmy. To był nasz pierwszy kontakt i z tego zrodził się pomysł, by zorganizować ten pobyt. Gdy pierwszy raz zaproponowaliśmy to naszej rodzinie, to od razu zgłosiło się 50 osób. Powiedzieliśmy sobie: nie mamy wyboru, musimy jechać.
Jakie uczucia towarzyszą Państwu, gdy patrzycie na ten odnowiony pałac, na cały zespół pałacowo-parkowy? Czy to pokrywa się z rodzinnymi opowieściami?
Tak, pokrywa się, choć nasi rodzice dosyć mało opowiadali o przeszłości, bardziej szli do przodu. Dopiero jak pojawiły się wnuki, to one zaczęły stawiać dziadkom pytania i wtedy zaczęły się toczyć rozmowy o tym, jak to było. Pomału zaczęło się rysować ich życie. Gdy stąd wyjeżdżali, nasi rodzice byli młodzi, mieli po kilkanaście lat. Mój ojciec przyjechał tu później, gdy w tym pałacu był dom dziecka, tuż po okresie komuny i było tu zupełnie inaczej. Ten dom jest pięknie zrewitalizowany i bardzo się cieszymy, że jest on w takim stanie. Myślę, że wolą moich dziadków, Andrzeja i Zosi, było, żeby ten dom był dla ludzi, dla miasta. Widzimy, że tak jest i my się z tą myślą utożsamiamy. To nas cieszy. Nie jest to łatwe dla nas, żeby tu wracać, wiąże się z tym bardzo dużo emocji, bo mamy stąd zdjęcia naszych dziadków, naszych rodziców na balkonie, z którego patrzyli jako chłopcy jeszcze przed wojną. Potem cała Polska wie, jak to było, więc jest dużo emocji, każdy poczuł to na skórze. Ten powrót ukazał nam tę odległość.
Czy spacerując po pałacowych wnętrzach i parkowych alejkach czują Państwo ducha swoich przodków?
Silnie czujemy i będziemy potrzebowali jeszcze więcej tych spacerów, bo spotykamy bardzo dużo osób. A to bardzo ważne, że spotkaliśmy ludzi, którzy tu naokoło tego pałacu żyją, którzy tu grają w szachy, tworzą muzykę, mają motocykle czy robią inne rzeczy. Jeszcze wszystkiego nie przeżyliśmy, nie zrealizowaliśmy, nie wyczuliśmy kompletnie, jak to wszystko jest, potrzebujemy jeszcze więcej czasu. A, niestety, już jutro rano wyjeżdżamy, to dość krótka wizyta, ale mówimy, że pierwsza.
Dla nas, mieszkańców Ziemi Międzyrzeckiej, ten pałac to pewien fragment historii. A jakie to uczucie dotykać murów, które przed laty były scenerią prywatnego życia Państwa rodziny?
To bardzo silne i mocne uczucia, trudno wstrzymać emocje. W tym pałacu nasza rodzina była dość krótko, ale on był pełen tej całej energii, był zbudowany jako dom rodzinny, a to, że my z rodziną mogliśmy tu wrócić, to dalszy ciąg tej historii.
Wspomniał Pan, że rodzice niewiele mówili o życiu tutaj, ale czy zachowały się jakieś wspomnienia i pamiątki w Państwa domu, związane z tym pałacem?
Dużo później w jednej z piwnic znalazł się karton, w którym było trochę pamiątek. Przez długie lata było kilka zdjęć, które tu są, a których nie znaliśmy. Teraz widzimy poza zdjęciami tę prawdziwość, która tu jeszcze istnieje - za chłopakami na balkonie widać aleję, która tu jest, i na której teraz my jesteśmy. Moi rodzice niewiele mówili o życiu tutaj, byli za mali, a babci Zosi tak wprost nie znałem, bo miała gruźlicę i jak myśmy się urodzili i mieszkali w trzech pokoikach, to ona musiała pójść do sanatorium, nie mogła z dziećmi zostać. Nie mieliśmy z nią kontaktu, przez długie lata byliśmy też za młodzi, a jak się jest młodym, to nie stawia się za dużo pytań. To nasze dzieci zaczęły dopiero stawiać te pytania, zwłaszcza Romain, który skończył studia jako dziennikarz. Łapał naszych ojców i zadawał pytania o te czasy, wtedy dopiero zaczęli mówić.
Jak wyglądało życie rodziny we Francji? Kiedy pojawiły się związki z Międzyrzecem?
Moja rodzina wyjechała z Polski z niczym, mieli puste ręce i trzeba było rzucić się do przodu. Zosia miała gruźlicę, to była duża walka, czasy powojenne. Rzucili się naprzód i harowali. Wszystko poszło dobrze, udało się, potem były słynne lata rozwoju we Francji. Po latach zaczęły wracać wspomnienia. Moi rodzice byli dosyć zaangażowani w katolickich organizacjach rozwoju, a jak w Polsce była Solidarność, to tu przyjechali i były wtedy różne akcje, kontakty, jak pomóc Polsce przejść stan komuny. Wtedy moi rodzice wrócili do stosunków z Polską, ale jeszcze nie z Międzyrzecem. Była taka nieśmiałość. Była taka sytuacja, że mój ojciec spotkał we Francji Kasię i Jana, którzy tu z nami byli, okazało się, że jej ojciec jest z Międzyrzeca. Powiedziała: znaleźliśmy Was! A później odnaleźliśmy list naszego ojca, który napisał list do ojca Kasi - jego dziadek pracował tu na stacji kolejowej. Były takie pewne rzeczy, które złożyły się na to, że ten kontakt wrócił. I był czas, żebyśmy tu przyjechali.
Międzyrzec został w pamięci i kusił, by go odwiedzić?
Kusił bardzo! Ale to nie takie proste: wrócić. Pomału się to zbliżyło. Mieliśmy też kontakt z Łętownią, w której pochowany jest dziadek Andrzej, była renowacja jego grobu.
Jak ocenia Pan sposób, w jaki miasto dokonało rewitalizacji pałacu? Jak widzi Pan starania mieszkańców, którzy dbają i szanują historię Państwa rodziny? Czy czuje Pan dumę, a może też ulgę, że to miejsce zostało w takich dobrych rękach?
To dla nas bardzo wzruszające, że to, co było dane w dyrekcję przez naszych dziadków, miasto dalej prowadzi. W naszym życiu zrozumieliśmy, że to jest część nas, że my czujemy się częścią tego i nawet we Francji każdy z nas prowadzi tę historię zostawioną przez dziadków.
Wizyta kończy się, ale mamy nadzieję, że nie jest jednorazowa. Czy widzi Pan w sobie i w członkach rodziny chęć i potrzebę, by pogłębić tę relację z naszym miastem? Żeby stać się częścią przyszłych wydarzeń, nawet może jako ich patron? By ta wizyta stała się zaczątkiem dalszej współpracy?
Dziękuję za to pytanie! Ważne jest, że tutaj jest 19 dzieci i to już będą takie ziarenka. Na pewno będą one dobrze posadzone, bo te dni są dla nich bardzo fajne. Na razie mamy skromniejsze myśli, jesteśmy daleko. Wy tu żyjecie, teraz jesteście kontynuatorami tej tradycji. My widzimy, że to jest kontynuacja, to nas cieszy. Musimy zobaczyć, jak my teraz możemy mieć wspólną z Wami drogę, a wiadomo, życie idzie szybko, wszyscy mamy rodziny, czasami są różne kłopoty, a czasem jest po prostu za mało czasu, by się odwrócić i skorzystać z tego. Nasza rodzina do tej pory miała dużo różnych interesów, ale teraz chyba tak naprawdę rozumieją, co tu jest i wszyscy to przeżywają. Dzielimy się tymi przeżyciami i musimy teraz to wszystko przemyśleć i zobaczyć, co możemy dalej robić. Ważne, że to już się zagnieździło w sercu.
Pan wychował się we Francji, ale pięknie mówi po polsku!
Moja matka, Maria Żółtowska, Polka z pochodzenia, też wyjechała po wojnie, a moi rodzice spotkali się i pobrali we Francji. Ojciec mojej żony też ma podobną historię - był troszeczkę starszy, jako wojskowy był w Normandii z wojskiem angielskim. Po skończeniu wojny nie mógł wrócić do Polski, bo takie były stosunki, więc wyjechali do Afryki Południowej, później wrócili. Moja żona była studentką w Polsce, w Krakowie, więc ten polski język został.
Czy inni członkowie rodziny, dzieci lub wnuki, też mówią po polsku?
Nasze dzieci mówią. Mój brat uczy się polskiego na kursie. Próbujemy to utrzymać. U innych zostało kilka słów: na zdrowie, dziękuję, itd. i jest im szkoda, że nie mogą łatwiej rozmawiać i mieć kontaktu z ludźmi. Ale są pary francusko-polskie, więc ta krew już się zmieszała.
Czy podczas tej wizyty obserwuje Pan, zwłaszcza wśród najmłodszych wnuków, chęć poznania Polski i zgłębienia języka polskiego?
W tej chwili bardziej za piłką biegną, zobaczymy, czy ta polszczyzna będzie. Ale chyba jednak to zostaje, to ziarenka, które pomału będą rosły. A co z tego będzie, to na razie trudno powiedzieć.
Czy czegoś zabrakło podczas tej wizyty?
Mieliśmy nadzieję spotkać tu potomków osób, które pracowały w pałacu dla Andrzeja i Zofii, żeby mieć informacje od środka, troszkę czekaliśmy na takie spotkanie, że ktoś podejdzie do nas i powie: mój dziadek znał waszego dziadka.
Jakie widoki i emocje w takim razie zabierzecie jutro do domu? Czy ta wizyta spełniła Państwa oczekiwania i wyobrażenia o tym miejscu, a także o ludziach, którzy je tworzą?
Tak, spełniła, choć tak naprawdę nie mieliśmy marzeń i oczekiwań, byliśmy otwarci na to, co przyjdzie. A przyszło naprawdę pięknie. Dziś rano wszyscy byli nieśmiali, troszkę zestresowani tym, jak to będzie wejść do tego domu, zobaczyć zdjęcia. Dużo było rozmów, żeby zrozumieć, dlaczego i jak stąd dziadkowie i ojcowie wyjechali, co było we Francji, za czym szli do przodu i czy patrzyli do tyłu. Pytania przyszły szybko, a udało się przypomnieć kilka rzeczy, m.in. z wizyty prywatnej mojego ojca w latach 90-tych. Pojawiły się pytania, dlaczego nie wróciliśmy do Polski, co spowodowało, że dalej jesteśmy we Francji, a to był wspólny wybór. Na razie jest za wcześnie, by mówić o tym, co z tego będzie, ale na pewno coś będzie.
Jaką pamiątkę pozostawicie po sobie mieszkańcom Międzyrzeca?
Co dwa lata mamy takie spotkania rodzinne i przywieźliśmy zdjęcie, na którym są wszyscy potomkowie trzech braci Potockich. Chcemy pokazać, że życie toczy się dalej.
Pamiątką jest również pozostawiona w pałacu 432-stronicowa książka Romain'a Potockiego "Ogród w chmurach" , w której autor złożył swój autograf.
Najbardziej brawurowa francuska powieść ostatnich lat. Południe Francji. Rozgrzany beton, odrapane klatki schodowe, wąskie balkony ze schnącym praniem. A ponad tym wszystkim, na dwudziestym drugim piętrze – kwitnący ogród, którego nie powinno tu być. Robert ma siedemnaście lat, problem z jąkaniem, chorą matkę i klucz do wejścia na dach wieżowca. Sadzi tam agapanty, krokusy i róże chantilly, żeby ukryć… marihuanę. Wchodzi w interesy, których nie rozumie, w dzielnicy, z której nikt nie jest w stanie się wyrwać. Jest jeszcze księgarnia trochę szalonej Sophie, która wierzy, że Rimbaud i Melville mogą ocalić człowieka. To azyl dla outsiderów, pełen bałaganu i magii. Gdzieś między półkami działów „Historie zapierające dech" i „Poezja po Hiroszimie” Robert odkrywa, że można mówić inaczej, myśleć inaczej, że są inne wyjścia niż te, które zna. "Ogród w chmurach" to opowieść o dorastaniu w świecie bez złudzeń. Historia pachnąca kwiatami i marihuaną, gdzie w brutalność blokowisk wdzierają się poezja książek i blask śródziemnomorskiego słońca. (Wydawnictwo Znak Koncept)
Romain Potocki
Dlaczego to właśnie Pan zaczął pytać dziadków o Polskę i jaki był impuls do tego, by zacząć interesować się historią własnych przodków?
Byłem bardzo zdziwiony i chciałem wiedzieć więcej o wojnie, jak trafili do obozu koncentracyjnego. Ojciec powiedział, że może opowiedzieć, ale musimy porozmawiać o całości, dlaczego była ta wojna, skąd pochodzimy, gdzie jesteśmy dzisiaj.
Czy mówił też o Międzyrzecu Podlaskim?
Oczywiście, on i jego bracia mówili o Międzyrzecu. Myślę, że to było dla nich ostatnie szczęśliwe miejsce dzieciństwa przed całkowitą zmianą, przed wojną. Dziś widzę tu dzieci w wieku mojego ojca i jego braci bawiące się na trawie. Czuję się, jakbym szczęśliwie powrócił do czasów sprzed wieku i mógł zobaczyć, jak wyglądało tutaj życie. Mój syn Noe ma 8 lat, niewiele mniej niż mój dziadek, gdy stąd wyjeżdżał. Jedno z jego czterech imion to Andrzej. Czuję się, jakbym przyniósł element układanki z powrotem, po stu latach.
Proszę opowiedzieć o swojej pierwszej książce. Skąd pomysł na jej napisanie?
To książka o synu emigrantów z Afryki Północnej, który nie ma takiego dostępu do kultury, do jakiej my mieliśmy dostęp. W wieku 17 lat odkrywa książki i przyjemność czytania. Cała książka jest o tym, jak spotyka ludzi, którzy dają mu możliwość dojścia do kultury i rozwoju.
Książka została wydana w języku polskim. Jakie emocje towarzyszyły Panu w sytuacji, która stała się łącznikiem z Polską i polskimi czytelnikami?
Przetłumaczenie tej książki na język polski było dla mnie niezwykle wzruszającym doświadczeniem. Została przetłumaczona na cztery języki, ale polski był dla mnie naprawdę wyjątkowy. To było też dla mnie ważne, bo jesteśmy w momencie, w którym Europa bardzo sie zamyka, w którym rasizm rośnie. Ta książka przesiąknięta jest przesłaniem, jakie przekazali nam nasi przodkowie, a mianowicie, że różnice między ludźmi zbliżają nas do siebie, a nie dzielą.
Jak reagują na tę książkę polscy czytelnicy?
Czytelnicy z Polski na Bookstagram [ międzynarodowa i polska społeczność miłośników książek na platformie Instagram - przyp. red.] wyrazili wiele pozytywnych opinii, książka spotkała się z bardzo dobrym odbiorem.
Czy będzie dostępna w Międzyrzecu Podlaskim?
Tak. Symbolicznym dla mnie wydarzeniem jest wizyta w pałacu, gdzie podczas wojny zostały spalone wszystkie książki. Odnalezione zostały tylko trzy. To ważne, że mogłem tu przywieźć moją książkę.
Czy ta obecna rodzinna wizyta w Międzyrzecu nadaje się na fabułę książki? Czy możemy liczyć na to, że przeniesie ją Pan na karty swojej kolejnej książki i kiedyś przeczytamy o tych emocjach, które Wam towarzyszyły?
Szczerze mówiąc, nie wiem. Obecnie piszę drugą książkę, a kolejne tematy też są liczne. Ten dom jednak i to, co się tu wydarzyło, rozłąka ludzi, jest inspiracją dla moich książek, to miejsce inspiruje mnie do wszystkiego, co robię.
Czy uważa Pan, że Polacy, Międzyrzeczanie, dobrze zajęli się tym miejscem, tym dziedzictwem? Czy zostało ono w dobrych rękach?
Mówię to w imieniu całej mojej rodziny zebranej tutaj dzisiaj: jesteśmy wdzięczni miastu za odrestaurowanie tego miejsca, to bardzo dla nas ważne. Ale nikt z nas nie został wychowany jako arystokrata, dlatego też to miejsce jest otwarte dla wszystkich i należy do wszystkich.
Dodaj komentarz:
Komentarze zawierające treści powszechnie uznane za obraźliwe lub niecenzuralne zostaną usunięte
Nowe Miasto Międzyrzec
Bardzo wspaniały artykuł oddający sedno wizyty i ducha historii rodziny hrabiego Potockiego. Międzyrzec bardzo dużo zawdzięcza rodzinie. Mam wiele na to dowodów, w potaciy dokumentów jak i opowieści. Waldek Bałkowiec
autor: Bałkowiec Waldemar
Dodam jeszcze, że uregulowane, nie znaczy, że płacimy spadkobiercom przykładowo za taki pałac 100 milionów bo tyle jest wart.,tylko wylicza sie koszty jego utrzymania, konserwacji robi się bilans i wychodzi że możemy zapłacić , albo panowie ,jak chcecie pałac, to trzeba miastu dać za koszty ileś tam. Ale takie sprawy winny być legalnie uregulowane. Tak zrobiono z pałacem w Kozłówce.
autor: nn
Po prostu pytam czy zostało to jakoś uregulowane ? Tylko w bandyckim komunizmie zabierano ludziom majątki, w cywilizowanych krajach tak się nie postępuje. Polak ,czy Żyd , jeżeli był obywatelem Polski w miarę możliwości powinno to być uregulowane. Czym innym całkowicie jest żądanie Izraela jako kraju ,, odszkodowania,, a czym innym żądanie obywateli Polski jakiej narodowości by nie byli.
autor: Nn
Do nn
Może i ja "normalny inaczej" a Ty? Zamiast mózgu beton czy styropian? "Nie zostaliśmy wychowani na arystokratów, ten pałac należy do wszystkich" - tak teraz bo jeszcze nie odbudowane do końca. Co będzie potem z ich strony nie wiadomo. Dalej, żydom Międzyrzeckim też zadośćuczynienie ? Weź stań dziesięć metrów przed ścianą, rozpędź się i biegnij w jej kierunku, może Ci to pomoże chociaż wątpię :)
autor: normalny
Ty normalny inaczej, rozumując tak jak ty , to władza może zabrać przykładowo Wipasz właścicielom, czy każdemu jego majątek , no bo tak sobie ustalą?? Nienormalne chyba, choć chyba ku temu zmierzamy?
autor: nn
Wizyta
Wspaniale, że tak znana Rodzina tak pieknie dba o korzenie, o tradycje, o przekazanie podstaw tożsamości młodemu pokoleniu. Piękni ludzie. Jak Zofia i Andrzej.
autor: Beata
Cyrk
Pałac, Potoccy, "zadośćuczynienie" . Jak czytam te komentarze to wnioskuję że niektórym marzy się powrót do czasów "hrabiów i sługusów". Kto Potockim ma zadośćuczynić państwo czyli podatnik czyli my? Z jakiej paki? Co jest ważniejsze: Pałac czy codzienne życie mieszkańców miasta, ślepy wiadukt, dziurawe drogi na osiedlach mieszkaniowych i w całym mieście, "cichcem" podnoszone opłaty za śmieci, wodę, podatki ?
autor: normalny
Moja mama i jej dwaj bracia, oraz inni członkowie rodziny którzy mieszkali w dwunastaku,pracowali w pałacu i na zewnątrz. Widywali właścicieli i innych członków rodziny. Wspominali ich bardzo pozytywnie
autor: Gość
Syf
Przecież są osoby co były częścią dworu , a zostały pominięte , a są częścią wielką historii.
autor: X
xxx
Czy ci ludzie dostali jakieś zadoścuczynienie, czy jakkolwiek została ta sprawa załatwiona ? Jakoś tak głupio, , bo jaka ta władza po wojnie w Polsce by nie była ,ale to ona ograbiła tych ludzi ze wszystkiego.
autor: xxx
Spadkobiercy Potockich
Świetny wywiad , liczę że to początek i kolejne wizyty będę się odbywać regularnie z większym udziałem mieszkańców .
autor: Agata Ewa Knab
Najczęściej czytane
0
Prezent na 40. urodziny dla niej - eleganckie pomysły na każdy budżet
Czterdzieste urodziny to symboliczna okazja, dlatego wybór odpowiedniego prezentu może być wyzwaniem. Upominek warto dopasować przede wszystkim do osobowości, zainteresowań i stylu solenizantki. Jak znaleźć coś eleganckiego i wyjątkowego, a jednocześnie zmieścić się w założonym budżecie?
22
Okradli strażaków zbierających na nowy wóz. Policja szuka złodziei
Międzyrzeccy policjanci szukają złodziei, którzy w weekend ukradli puszki i butelki ze zbiórki prowadzonej przez druhów z OSP Żabce. Opakowania objęte systemem kaucyjnym strażacy zbierają, aby kupić jednostce nowy samochód ratowniczo-gaśniczy.
Ostatnio komentowane
22
Okradli strażaków zbierających na nowy wóz. Policja szuka złodziei
Międzyrzeccy policjanci szukają złodziei, którzy w weekend ukradli puszki i butelki ze zbiórki prowadzonej przez druhów z OSP Żabce. Opakowania objęte systemem kaucyjnym strażacy zbierają, aby kupić jednostce nowy samochód ratowniczo-gaśniczy.
Podobne artykuły:
0
20
Legenda o czarnej róży i duch bojarów w sercu Międzyrzeca
Historia, kulinarne tradycje oraz lokalne legendy ożyły podczas drugiej odsłony cyklu "W drodze do siebie", realizowanego przez gminne i miejskie instytucje kultury. Wydarzenie, które połączyło elementy edukacyjne, rozrywkę i regionalną tożsamość, spotkało się z szerokim zainteresowaniem i międzypokoleniowym odbiorem.